Panie Niciński, co Pan im wczoraj dał?

Jakub Borowicz 3 min czytania
Udostępnij:
Panie Niciński, co Pan im wczoraj dał?

Idąc na mecz Arki nie wiesz czego się spodziewać. Całkiem możliwe, że po raz kolejny zobaczysz słabe spotkanie, po którym nie sposób napisać cokolwiek sensownego. Z drugiej strony – Ekstraklasa. Ponad 10 tysięcy ludzi na trybunach, wielki powrót do elity, kilka nowych twarzy, własne boisko. Może to wszystko się uda? Może Arka w końcu odpali? Przecież po przeciwnej stronie boiska nie stoi Żurawski, Kosowski czy Szymkowiak z tej starej, dobrej Wisły, tylko Mójta, Bartosz i Cywka. Zawodnicy anonimowi z zespołu, którego – mam wrażenie – nazwa wciąż wielu osobom działa na wyobraźnię. Wielka piłka wróciła po 5 latach przerwy do Gdynii. I to wróciła w wielkim stylu.

Zawsze byłem zdania, że w tej naszej, polskiej lidze zbyt wiele nie trzeba, by wychylić się ponad przeciętność. Gdyby wszystkie zespoły dobrze grały piłką, realizowały w 100% nakreśloną przez trenera taktykę, były znakomicie przygotowane kondycyjnie to zgoda – wyróżnić się czymkolwiek byłoby niezwykle trudno. Zawsze byłby przecież ktoś, kto jest od nas szybszy, lepiej operuje futbolówką lub po prostu szybciej reaguje na boiskowe wydarzenia. Gdy jednak Kenijczykami w bieganiu to my nie jesteśmy, taktycznie od włoskiej piłki dzielą nas lata świetlne, a piłka przy nodze ewidentnie nam przeszkadza, to wyróżnić się czymkolwiek jest zdecydowanie łatwiej. Jak w szkole, gdzie grupka kilku ananasów, robi wszystko poza uczeniem się. Gdy ktoś zabłyśnie jakąkolwiek wiedzą, to reszta traktuje go jak kujona. Niewiele wie, ale coś tam trybi – kurde, jest mądrzejszy od nas!

Dlatego wychodzę z założenia, że trener, który pragnie narzucić swojej drużynie jej własny styl gry i umiejętnie wdroży go w życie ma przewagę. A co najlepiej szlifować? A no przygotowanie fizyczne i stałe fragmenty gry. Bo łatwiej jest się zmusić do biegania i wytrenować kilka schematów przy wznowieniu gry ze stojącej piłki, niż nagle 25-letniego chłopa nauczyć grać w piłkę. Gdy nawet już się nauczy tą piłkę jakimś cudem przyjmować, odgrywać z klepki i strzelać ze słabszej nogi, to wciąż będzie uzależniony od swoich kolegów, którzy zamiast zostawać po treningu i pracować indywidualnie nad swoimi mankamentami wolą bujać się po Sopocie i gdyńską Rivierę zamieniać na gdańską Galerię Bałtycką. Jaki z tego wniosek? Biegać, biegać, biegać, ćwiczyć wolne i rożne. Aż do porzygu. Na nasze warunki powinno w zupelności wystarczyć.

Dlaczego o tym piszę? Bo nigdy nie widziałem lepszego meczu w wykonaniu Arki. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale Arka zagrała spotkanie kompletne. Ktoś powie, że Wisła miała pod koniec pierwszej połowy przewagę i na początku drugiej odsłony mogła strzelić bramkę kontaktową. Że Mączyński poukładał grę gości i dostawał za dużo wolnego miejsca, czego efektem było kilka jego prób z dystansu. Tu się zgodzę, ale w gdyńskiej bramce móglby stanąć nawet Krystian Miś z Korony Kielce, a i tak Arka by to spotkanie wygrała. Bo była zdeterminowana, dobrze przygotowana motorycznie do tego spotkania, grała wysokim pressingiem, umiejętnie przerzucała ciężar gry, często grała skrzydłami i nie bała się pojedynków jeden na jednego. Bo bardziej chciała, jeździła na dupie i walczyła O KAŻDĄ piłkę. Bo grała pod publiczność, zdobyła sympatię nawet nieprzychylnie nastawionego do żółto-niebieskich chłopaczka, któremu najłatwiej jest pisać hejty, że nieudacznikiem jest ten czy tamten. Bo oglądając bardzo często z wysokości trybun mecze na krajowym podwórku mało kiedy wracam do domu i mówię, że oglądałem dobre spotkanie. Że drużyna X była taka, taka i taka, a jej rywal powinien stanąć i zacząć klaskać. Bo oklaski wczoraj należały się jak psu micha.

A pytanie powtórzę – co Pan im wczoraj dał, Panie Grzegorzu?

 

FOTO: Eurosport

Udostępnij:
Brak ocen — oceń pierwszy!

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Powiązane artykuły